Jeszcze niedawno była zwykłą 47-letnią nauczycielką języka angielskiego, pełną pasji do swojej pracy, z radością obserwującą dorastanie swoich dzieci i planującą wspólne chwile. Jej życie było zwyczajne, jak wielu innych matek, żon i kobiet. Jednak w jednej sekundzie wszystko się zmieniło.
W styczniu 2025 roku usłyszała diagnozę, która odmieniła jej życie na zawsze. Złośliwy nowotwór kory nadnercza z przerzutami do płuc, naciekający żyłę nerkową, jajnikową i główną dolną. Te słowa, które zabrzmiały jak wyrok, odbierały jej oddech. Stanęła w obliczu nie tylko własnej śmiertelności, ale także przerażenia, że być może nie doczeka momentu, w którym zobaczy, jak jej dzieci dorastają.
Chemioterapia stała się jej codziennością. Od lutego do maja 2025 roku poddawana była wyniszczającym zabiegom, które miały powstrzymać rozwój choroby. Niestety, zamiast poprawy, lekarze ogłosili progresję nowotworu. Nie było to łatwe do zaakceptowania. Jednak, pomimo ogromnego bólu i zmęczenia, nie poddała się. W czerwcu pojawił się promyk nadziei – immunoterapia, która mogła stanowić ratunek. Niestety, jej nadzieje zostały brutalnie odebrane. Z powodu zakażenia WZW typu B, lekarze musieli odmówić dalszego leczenia. Kolejna furtka zamknęła się przed nią.
Po odmowie, nie tracąc nadziei, rozpoczęła drugą linię chemioterapii, walcząc nie tylko z chorobą, ale i z codziennymi pytaniami: „Czy zdążę? Czy zdążę żyć, by wychować swoje dzieci?”. Pomimo ogromnego cierpienia, jej siła nie zgasła. W jej sercu wciąż tliła się nadzieja.
We wrześniu tego samego roku, po tomografii, pojawiła się iskierka pozytywnej informacji. Guz zaczął się zmniejszać, przerzutów było mniej. Lekarze z Gliwic uznali, że być może istnieje szansa na operację ratującą życie. To oznaczało początek nowej walki. Zdecydowała się na desperacki krok – zaciągnęli długi, by zapłacić 1500 euro za opinię onkologów z jednego z najlepszych instytutów we Francji.
I to tam, wśród największych specjalistów onkologicznych na świecie, wydarzył się cud. Otrzymała wiadomość, której od miesięcy nie śmiała sobie wyobrazić: „Twój guz jest operacyjny, istnieje realna szansa na wyleczenie”. To było jak zmartwychwstanie. Po miesiącach odmów, po długich godzinach strachu, ktoś w końcu powiedział: „Możemy spróbować”.
Te słowa nie były tylko nadzieją – były obietnicą. Obietnicą, która sprawiła, że znowu poczuła, że życie może mieć jeszcze sens. Ostatnia szansa na operację stała się rzeczywistością. W jej oczach pojawiły się łzy, ale tym razem były to łzy ulgi. Pomimo tego, że sytuacja była dramatyczna, ona – jak każda matka – nie poddała się, walcząc o każdą minutę, każdą sekundę, która może dać jej szansę na przyszłość.
Nadzieja jednak ma swoją cenę. Operacja i leczenie we Francji zostały wycenione na ponad sześćdziesiąt tysięcy euro, czyli około 260 tysięcy złotych, nie licząc zakwaterowania, podróży, leków i długiego pobytu za granicą.
Link do zbiórki https://www.siepomaga.pl/pomoc-karolinie-kozlowskiej
